Mam szczerą nadzieję, że nie naruszam jakiegoś punktu regulaminu, jako że nie będzie to temat o religii, a natomiast o naszych kochanych duchownych opiekunach, których zapewne każdy ma w swojej szkole. Ogólny sens tematu polega na tym, aby opisać jak wygląda komizm/powaga lekcji religii w Waszych szkołach i co ciekawego ich prowadzący mają do powiedzenia

Do rzeczy. Nie tak dawno mój wspaniały ksiądz przyczepił się homoseksualistów (standard) i stwierdził, że mężczyźni zadbani, a szczególnie z wyprasowanymi kołnierzykami i mankietami, to, cytuję "cioty, geje". Mogłam na niego za to, za przeproszeniem z mordą wyskoczyć, bo chwilę potem stwierdził, że obowiązkiem kobiety jest całokształt dbania o higienę i wygląd mężczyzny. No tak.. Facet żyje stereotypami, co poradzić. Ale czy i również Wasi katecheci stwierdzili, że ateiści (wliczam się) są mordercami i nie potrafią być absolutnie dobrzy? Ksiądz ma zaledwie cztery dyszki na karku, jakoś się z nami dogaduje, ale takie paradoksy wykłada na religii, że to go albo przez okno albo - jeśliś odważny panie - zaprzecz mu, a jego potok słów będzie trwał wieki jak kazanie.
W przypadku mojej klasy wszyscy włączamy się w dyskusję. Zastanawia mnie tylko, po co mam tygodniowo tracić 90 minut mojego życia, które i tak tracę w szkole na słuchanie bzdur >>'
Znam jeszcze innego księdza, który mówił do rzeczy, np. że francuscy producenci kosmetyków (avon, dove) do swoich kremów wykorzystują ludzkie płody, które mają zdolności regeneracyjne. W sumie racja, skarbnica tkanek macierzystych. Ale i ten mistrz miał wadę - kultura. "Jeśli nie masz co zrobić z tymi nogami, to se je w dupę wsadź." - cóż można? Człowiek.
Cichy głosik w mojej głowie podpowiada mi, że temat jest umieszczony w złym dziale, ale chyba skoro zapytam Was o Wasze potyczki z katechetami i jaki wywierają oni na Was wpływ, to być może jednak temat leży tam gdzie trzeba, skoro dział nosi nazwę "O nas"

.
A jak to wygląda u Was?