A więc jest to moje opowiadanie/fanfic ; d Wszystko oparte jest na moim pomyśle, w moim świecie i z moją fabułą. Z czasem pojawią się wątki mocniej lub słabiej powiązane z anime - o ile ten czas nadejdzie ; d Prezentuję wam tutaj coś w guście wstępu - krótkie, bo krótkie, niektórzy nie lubią długich ; ] Jak się spodoba, będę pisał dalej.
I
Wiry same się robią, jak zwykliśmy słyszeć z reklamy „Play”. Tak więc i ten wir w umywalce sam się zrobił. Na zakurzone lustro, co rusz chlapała woda, pozostawiając wyraźne zacieki. W zwierciadle tym, stłuczonym zresztą na boku, odbijała się młodzieńcza facjata. Od jakiegoś czasu niestrzyżone, brązowe włosy, kilkudniowy zarost i wory pod oczami, w połączeniu z brzydkim lustrem i niewysprzątaną łazienką, dawały obraz rodem z ulicznych bilboardów, krzyczących do ludzi, jak to depresja niszczy życie. Słusznie zresztą krzyczały owe bilboardy – depresja niszczyła życie, a jego w szczególności. Mężczyzna westchnął i zapatrzył się w swoje odbicie, wspominając pewną sytuację…
Drzwi ledwo trzymały się w futrynie, a ściany obficie sypały tynkiem. Walenie znowu się powtórzyło, efektem czego była utrata klamki, która najzwyczajniej w świecie odpadła. Nieprzyjemny, metaliczny huk, wywołało spotkanie owej chwytałki z podłogą, wyłożoną szarymi płytkami.
- Czego, K***a? Kto tam? – Wrzasnął młodzian wylegujący się na tapczanie.
Tym razem drewniane drzwi nie wytrzymały, opuszczając swoje dotychczasowe miejsce pobytu i kładąc się obok klamki. Do pokoju weszło czterech wielkich mężczyzn i tylko dzięki granatowym mundurom dało się ich odróżnić od rosłych goryli.
- Policja matole! – Zahuczał basem ten największy – Czego nie otwierasz jak pukamy? Teraz z odrzwiów ino drzazgi ci zostały – popisując się elokwencją i rechocząc głośno, przybił pionę z kolegą po prawej.
Leżący dotąd na kanapie facet, podniósł się i z wrogością popatrzył na funkcjonariuszy. Skierował swój wzrok na zdewastowane „progi” domostwa, a później znów na „gości”. Po chwili rzekł nadzwyczaj opanowanym głosem, niepasującym do kogoś, kto znalazł się w podobnej sytuacji.
- Za te drzwi to mi idioci zapłacicie, ściany też możecie odmalować. Ale póki co nie zawracajcie mi dupy i gadać o co chodzi.
Jeden z umundurowanych, odchrząknął znacząco, wyciągnął z kieszeni jakiś papier, z wielkim wysiłkiem przewrócił oczami, zapewne czytając, po czym odrzekł:
- Assan Ridskhil jak mniemam?
- Dobrze mniemacie posterunkowy, więc? Dowiem się z jakiej racji straciłem drzwi?
- Na mocy prawa nadanego mi przez prezydenta Enterny, odbieram wam licencję na prowadzenie podejrzanej działalności, którą sami dumnie nazywacie firmą kurierską, stracicie również prawko panie Ridskhil i prawdopodobnie wolność. Pojazd zostanie odholowany, przeszukany i zutylizowany, a wy proszę ręce w przód. Tak, dokładnie tak, zapinamy bransoletki. O, idealnie! Wychodzimy chłopaki.
- Cholera!!! – Wrzasnął, uderzając pięścią w lustro tym samym je tłukąc – Niepotrzebnie się w to wpakowałem.
Cofając się chwiejnie, przycupnął w koncie, słuchając jak jakieś robactwo stuka w ściany od środka. Nie słyszał już nic oprócz stukotu. Po chwili wreszcie zdał sobie sprawę z tego, że pukanie nie dobiega ze ściany, lecz zza nowo wstawionych drzwi. Dźwignął się na jednej ręce i poszedł otworzyć.
- Yo mistrzu! – Krzyknęła młoda kobieta, wchodząc do mieszkania i klepiąc „mistrza” w ramię.
Była to jedna z tych dziewczyn, o których zawsze jest głośno, zawsze jest ich pełno i których czasami mamy dość. Porównanie jej do stada moskitów byłoby pewnie trafnym zabiegiem, pozostanę jednak przy „niepoprawnej optymistce”.
- Siema…
- He? Co jest? Tak to sobie możesz z laskami z burdel-linii rozmawiać, nieważne, co im powiesz i tak zawsze będą nawijały swoje. Ze mną chłopaczku grzeczniej, w końcu kto cię z aresztu wyciągał? Ja oczywiście, jak zwykle zresztą.
- To działa w dwie strony, Sarciu, chłopaczkiem to ja byłem piętnaście lat temu. Nie musisz mi też przypominać ciągle imienia mego dobroczyńcy, wdzięczny ci jestem, ale mów, po co przyszłaś, bo…jestem zajęty…tak, zajęty.
Oczywiście skłamał perfidnie, bo jakże całodobowe mycie twarzy można nazwać zajęciem? Ano nie można, ale Assan w towarzystwie uchodził za „fajnego”, a „fajni” zawsze są zajęci i dla znajomych czasu nie mają. Nie miewają też depresji i nie biją luster, ale przecież każdy ma jakieś mało znaczące wady.
- No nie nadymaj się tak, żartowałam przecież – wskoczyła na tapczan, tym samym skutecznie zmniejszając widoczność w pokoju o jakieś 50% - Tfu, człowieku, jaki ty tu masz syf, odkurzaj czasem. No, ale do rzeczy. Mam dwie sprawy.
- Słucham?
- Po pierwsze, od kiedy ty jesteś zajęty? Od miesiąca nie robisz nic, tylko grzejesz dupsko w domu, a że telewizor ci już dawno odłączyli to w lustro potrafisz całą dobę patrzeć.
- Przecież wiesz, że strąciłem licencję. To wiąże się też z utratą zarobków – dlatego nie mam TV, jak się domyślasz.
-Ty mi tu nie filozofuj, tylko słuchaj. Jest robota…
- Sara, nie mam licencji, zapomniałaś?
- Nie przerywaj matole, słuchaj do końca. Zleceniodawca nie wymaga papierów. Musimy mieć tylko kontenerowiec, niekoniecznie wielki.
- Mój statek robi teraz pewnie za puszki Coli w automacie, wiesz przecież co z nim zrobili. Zresztą, bez papierów? Sory, ale to mi wręcz paskudzi mieszkanie, tak od tego śmierdzi. – Wyraźnie zadowolony ze swojej metafory, powtórzył całe zdanie w myślach i zaśmiał się skromnie.
- Mistrzu, dowcip ci się stępił przez to nieróbstwo. Myślałam, że takie suchary to tylko na targu rybnym można usłyszeć, bywasz tam? Ale mniejsza o to, statek się skombinuje, mam już coś na oku, kapitał też…
- A powiesz mi kiedyś, dlaczego tyle dla mnie robisz? Nie żebym miał pretensje, czy coś…
- Jak nie masz pretensji to micha w knebel i słuchaj. Przyjdę tu jeszcze jutro, i przedstawię ci kilku ludzi. Tylko błagam, zrób coś z tym wysypiskiem śmieci, patrz, te skarpetki to już żyją chyba, dobrze, że jeszcze koła nie wynalazły…
- Spoko, ogarnę tu i tam… Jak nie zapomnę. A skarpetki niech chodzą same, tym lepiej dla mnie, bo nie będę musiał nogami ruszać coby się przemieszczać.
- Ta… No nic, to ja mykam. Sayonara! A i jeszcze tak na odchodne – sama chciałabym wiedzieć, po jakie licho ja to wszystko robię…
Wyszła, pozostawiając ślady na zakurzonej podłodze i to bynajmniej nie ślady błota, a ślady czyste, kontrastujące z wszechobecnym, łagodnie mówiąc, gównem.
Już miał walnąć się na tapczan i przespać pozostałą resztę dnia, gdy nagle coś go tchnęło. Prawdopodobnie sumienie ruszyło jego zastygłe stawy i kazało zacząć sprzątać – nie ulegał. Postanowił zacząć od stołu – zgarnął wszystko w koszulkę, przydreptał do szafy i otworzył ją. To, co się później stało, porównać można z lawiną, tsunami, albo inną katastrofą naturalną. Z szafy wysypały się rzeczy, bliżej nieokreślone rzeczy. Gdy były nowe, pewnie miały jakiś kształt, ale teraz to była zbita masa. Jedna wielka góra śmieci, gdzie nic już nie było tym, czym było pierwotnie. Owy szajs przetoczył się przez mieszkanie, nadając mu wyglądu z filmu „Pojutrze”.
- Pie****e, nie robię! – Kopnął pierwszy lepszy przedmiot i poszedł się położyć.